Dlaczego świat jest przeciwko mnie? Dlaczego inni nie potrafią mnie zrozumieć? Dlaczego tak często spotykają mnie rozczarowania, niepowodzenia i zawody? Myśli kłębiły się w Twojej głowie niczym burzowe chmury przesłaniające niebo. Im dłużej nad nimi rozmyślałeś, tym bardziej narastało w Tobie poczucie niesprawiedliwości. Przecież starałeś się żyć uczciwie. Przecież nie chciałeś nikogo skrzywdzić. Przecież winni byli inni…
Wędrowałeś samotnie przez ciemność. Nie wiedziałeś, dokąd zmierzasz. Widziałeś jedynie kilka kroków przed sobą. Mrok był gęsty i ciężki, jakby chciał pochłonąć wszystko wokół. Nagle gdzieś w oddali dostrzegłeś światło. Początkowo wydawało Ci się niewielkie niczym gwiazda na nocnym niebie, lecz z każdą chwilą stawało się coraz wyraźniejsze. Nie oślepiało. Nie budziło lęku. Przyciągało.
Zbliżyłeś się i ujrzałeś płonącą pochodnię.
Nie trzymał jej żaden człowiek. Nie dostrzegałeś również dłoni ani postaci. Istniało tylko światło. Żywy płomień tańczący pośród ciemności.
— Kim jesteś? — zapytałeś.
Nie usłyszałeś odpowiedzi. Zamiast słów płomień rozbłysnął mocniej.
W jego świetle pojawiło się lustro. Spojrzałeś w nie niechętnie. Nie po to przecież przyszedłeś. Chciałeś znaleźć odpowiedzi. Chciałeś dowiedzieć się, dlaczego świat tak często staje przeciwko Tobie. Jednak lustro nie pokazywało Twojej twarzy. Pokazywało Twoje życie.
Widziałeś sytuacje, które znałeś aż nazbyt dobrze. Rozmowy zakończone kłótnią. Chwile, gdy odwracałeś wzrok od prawdy. Momenty, kiedy bardziej pragnąłeś zwyciężyć niż zrozumieć. Dostrzegłeś swoje lęki, które przez lata nazywałeś ostrożnością. Swoje wymówki, które określałeś rozsądkiem. Swoje urazy, które przedstawiałeś jako sprawiedliwość. Chciałeś odwrócić wzrok. Nie mogłeś. Światło pochodni nie pozwalało uciec. Nie osądzało Cię jednak. Nie wytykało błędów. Po prostu pokazywało. Nagle zrozumiałeś, że właśnie tym jest Kenaz. Nie wiedzą samą w sobie. Nie mądrością. Lecz światłem, które pozwala zobaczyć.
Płomień rozjaśnił lustro jeszcze bardziej. Wtedy dostrzegłeś coś, czego wcześniej nie zauważałeś. Pośród słabości znajdowały się również Twoje dary. Odwaga, dzięki której podnosiłeś się po porażkach. Dobroć, którą okazywałeś innym. Wrażliwość ukrywana przed światem. Marzenia, które nadal żyły pomimo rozczarowań.
Zrozumiałeś, że człowiek nie jest wyłącznie światłem ani wyłącznie cieniem. Jest drogą pomiędzy nimi.
Pochodnia zapłonęła mocniej. Jej blask przypomniał Ci ogniska płonące pośród długiej zimowej nocy. Ognie rozpalane dla ochrony. Ognie oczyszczające. Ognie towarzyszące rytuałom przejścia. W ich świetle dawni ludzie żegnali to, co przemijało, i witali to, co miało dopiero nadejść.
Wtedy pojąłeś. Niektóre rzeczy w Tobie również powinny odejść. Twoje urazy. Twój gniew. Twoje pretensje. Twoje przekonanie, że winę za wszystko ponosi świat. Wyobraziłeś sobie, jak wrzucasz je do płomieni. Patrzyłeś, jak ogień powoli je pochłania. Nie niszczył Ciebie. Niszczył jedynie to, co przestało Ci służyć. To, co przez lata nosiłeś niczym ciężki kamień przywiązany do serca. Im dłużej płonął ogień, tym lżejszy się stawałeś. Wreszcie pozostała tylko pochodnia. Jej spokojny, ciepły blask. Światło, które nie prowadziło Cię ku odpowiedziom. Prowadziło Cię ku zrozumieniu.
Bo nie zawsze potrzebujesz wiedzieć, dokąd zaprowadzi Cię droga. Czasami wystarczy zobaczyć siebie takim, jakim naprawdę jesteś. A kiedy światło prawdy rozbłyśnie w Twoim wnętrzu, każdy kolejny krok stanie się łatwiejszy.